Kto? Charlie?


Jak to jest, każdy widzi: islamiści nas zabijają, a my do nich tylko z naszą wiarą w wolność słowa. My, czyli kto?

Jeszcze strzały i wybuchy nie przebrzmiały z monitorów i telewizorów, a już trzeba jakoś zacząć żyć ze świadomością, że nie wszyscy jesteśmy tak samo otwarci na dosadny humor francuskiego tygodnika Charlie Hebdo. Można było sobie to uświadomić już wcześniej, ale dawne groźby skierowane do redaktorów tego czasopisma nie układały się w tak ciekawe przedstawienie jak teraz: zabijanie na ulicy, przetrzymywanie zakładników w sklepie, wybuchy w drukarni, no i maszerujący z hasłami o wolności w ostatniej scenie spektatklu milion Francuzów.

Szkoda jednak by było, gdyby po tym thrillerze został nam w pamięci tylko ten kolorowy happy end z placów i ulic Paryża. Bo happy endu jak na razie nie widać: islamiści nie przeszli na laicyzm, pluralizm i ironię. Patrząc na wyświetlacze naszych urządzeń mobilnych, gdzie z trudem dostrzeżesz fotografie celebryt bez napisu „Je suis Charlie”, możnaby stwierdzić, że przeżyliśmy katharsis i już-już będziemy z muzułmanami żyć za pan brat, bo nawet muzułmanie są Charlie.

Niestety nie. Pewnie będzie ich jeszcze więcej i prędko nie przestaną istnieć. Może nawet niektórzy jeszcze się nie urodzili, a za dwadzieścia lat straszyć będą nasze dzieci. Skąd ta pewność? Bo jeszcze nam daleko do zrozumienia, że należy się z nimi drażnić więcej. Dla własnego dobra. Mniej drastycznie niż Charlie Hebdo, ale drażnić. Mieć odwagę pytać ludzi o ich poglądy. Nie bać się głośno wyrażać swoich opinii.

Bez konfrontacji nie ma konsensu. A dotyczy to nie tylko przekonań religijnych.

Bez kontaktów ludzie pozostają w zamkniętych sieciach społecznych. Tu jest nasz problem: jeszcze nie umiemy myśleć o niektórych grupach ludzi jak o swoich. Nie tylko o imigrantach, ale i o dawnych mniejszościach, czy nawet o politykach z nielubianej partii. Pozwalając im się zamknąć, tracimy na nich wpływ. Bojąc się ich przekonań, odmawiamy sobie prawa przekonania ich do własnych opinii.

Otóż islamiści to jakaś część nas. Dotyczą ich te same problemy gospodarcze, społeczne, kulturowe, co i ich współmieszkańców. A my musimy znosić ich nieadekwatne reakcje. Dopóki nie będzie prawdziwego dialogu, wzajemnego drażnienia, nie znajdziemy też wspólnego języka.

Bo nie o wolność słowa tu chodzi, ale o normy, które obowiązują wszystkich. Nie łódźmy się, że jest totalna wolność słowa. Nie wszystko można powiedzieć. Ale to co można powiedzieć, a co nie, należy ustalić bez agresji, tylko z odwagą.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s